Kolejny wpis o „gupich…

Kolejny wpis o „gupich rekruterach” gości na głównej, więc postanowiłem zaryzykować i sprzedać Wam kilka tajemnic z rekruterskiej kuchni…troszkę się Was boję ale trudno raz się żyje:Dlaczego rekruterzy nie podają nazwy firmy?
Są trzy główne powody:
1. Rekrutacje utajnione – firmy rekrutacyjne dostają takie zlecenia, gdy pracodawca chce kogoś zwolnic ale nie chce żeby ten ktoś się o tym dowiedział. Najczęściej dotyczy to kadry kierowniczej lub specjalistów istotnych dla „żywotnych interesów” firmy. Gdyby firma sama rekrutowała to taki straceniec mógłby się dowiedzieć z ogłoszeń, od życzliwej pani Krysi z HRów, lub od kolegi z konkurencji. W takich umowach kary za wyciek nazwy firmy mogą sięgać nawet 50 tys zł…największa jaką realizowałem miała karę 120 tys zł. W takich rekrutacjach nie poznacie firmy aż do ostatniego etapu…i jest to często bardzo odległy etap. Firma rekrutacyjna bierze w takich sytuacjach niemal wszystko na siebie = rozmowy wstępne, Assessment Center, testy „psychologiczne” i wszelkie inne pierdoły rekrutacyjne. Wszystko co się da, żeby tylko ten jeden wybrany był tym właściwym (albo na takiego wyglądał:).
Taki proces rekrutacyjny nie jest lubiany przez rekruterów – to po prostu głupia sytuacja. Nie tylko nie możesz podać firmy, ale też szczegółów stanowiska czy branży, żeby kandydat się przypadkiem nie domyślił. Jeśli się domyśli i zniecierpliwiony zadzwoni do firmy z pytaniem: „Czy to aby nie wy rekrutujecie?” To wtedy jest masakra i ognie piekielne!
2. Umowy zlecenia rekrutacji – najczęściej rekrutacja jest prowadzona jednocześnie przez klienta i firmę rekrutacyjną (czasem kilka) W umowie jest zapis, że klient nie może sam zatrudnić kandydata zaprezentowanego przez agencje. Problem jest wtedy gdy agencja wyśle prezentacje kandydata gdy ten jest już w trakcie rozmów bezpośrednio z klientem, wtedy jeśli klient go zatrudni i tak musi zapłacić, mimo że gość sam się do nich zgłosił…trochę słaba sytuacja. Dlatego umowy przewidują tzw rezerwacje kandydata: agencja wysyła do klienta info „prowadzimy rozmowy z Janem Kowalskim ur. 12.12.1990” i od tego momentu ten człowiek jest przypisany do tej agencji. Taka rezerwacja trwa od kilku dni nawet do kilku miesięcy. Jeżeli klient chce takiego człowieka zatrudnić musi zapłacić agencji, nieważne skąd wziął jego CV. Czasem w umowach jest zapis, że agencja od zarezerwowania kandydata ma kilka dni do kilku tygodni na przedstawienie pełnej prezentacji, jeśli tego nie zrobi traci „rezerwacje”
Ok, ale to nadal nie wyjaśnia dlaczego te głupki nie podają nazwy firmy jak dzwonią, przecież mogą sobie zarezerwować kandydata przed telefonem…no nie mogą, niestety:( W tym miejscu wchodzi całe na biało RODO – Młot na Rekruterów, czyli Rozporządzenie o Ochronie Danych Osobowych. Firmy rekrutacyjne nie mogą nic z Wami zrobić dopóki nie dostana OD WAS CV z klauzulą o zgodzie na przetwarzanie danych osobowych. Profil na LinkedIn lub Goldenline to za mało. I bardzo dobrze!
I tu tkwi sedno problemu – bardzo często zdarza się, że kandydat po otrzymaniu nazwy firmy sam wysyła tam CV lub dzwoni, licząc na „lepsze traktowanie” i „ominięcie pośredników” i w większości przypadków (nie we wszystkich!) to jest błąd.
UWAGA – teraz wnioski z moich osobistych doświadczeń – nie muszą być prawdziwe dla wszystkich branż i całego rynku:
W większości przypadków firma-klient prowadzi rekrutacje gorzej dla kandydata niż firma rekrutacyjna, wolniej, więcej kandydatów jest pomijanych na początkowym etapie selekcji CV, rekrutacje są prowadzone „zrywami”, wielu kandydatów przepada, bo w tym momencie szef się nie dopytuje „czy jest ktoś”? Jednocześnie osoba, która wysłała do klienta swoje CV jest już „spalona” dla wszystkich firm rekrutacyjnych – za każdym razem na próbę „rezerwacji” dostana odpowiedź „mamy go w bazie”…ale nie będziemy z nim rozmawiać, bo Wam płacimy kupę forsy za rekrutacje. Bez sensu, ale tak to działa.
Czy więc warto rozmawiać z rekruterami, którzy nie podają nazwy firmy? Zależy, od branży, od tego jak bardzo Wam zależy. Teraz kiedy już wiecie dlaczego, można spróbować rozmawiać na zasadzie „CV za nazwę firmy, nie będę wysyłał bezpośrednio – słowo harcerza:)”…i pamiętajcie o jednej rzeczy, agencje najczęściej biorą procent od Waszych zarobków. Zależy im żeby zatrudniono Was za jak najwyższe wynagrodzenie.
3. Głupie przyzwyczajenie – no to przyznaje jest słabe, ale niestety tak jest. Funkcjonuje jakiś chory mit, że kandydatowi nie podajemy wszystkich szczegółów stanowiska na wstępnym etapie. Najczęściej dotyczy to nazwy firmy, wynagrodzenia, problematycznych wymagań np.: praca/delegacje poza miejscem zamieszkania, umowa zlecenie na początek, zakres obowiązków, weksel in blanco, systemy prowizyjne itp. Dlaczego tak? Bo to niestety, kurwa działa. Możecie nie wierzyć, ale wiele osób podejmuje decyzje o zmianie pracy na podstawie szczątkowych informacji i pustych obietnic. W takich sytuacjach rekruter Wam nie pomoże, nie powie „gościu uważaj, it`s a trap!” Dotyczy to głównie takich branż jak ubezpieczenie, finanse, bankowość, sprzedaż energii itp, przedstawiciele handlowi, wszelka sprzedaż w FMCG, czy w ogóle sprzedaż. No i w takich sytuacjach zachowajcie wzmożoną ostrożność.
Ja pierdolę ile literek wyprodukowałem( ͡° ͜ʖ ͡°)
Jeżeli poziom hejtu pod tym wpisem będzie akceptowalny to następnym razem napisze Wam dlaczego w Polsce nie podaje się zarobków/widełek.
#hr #programowanie #rekrutacja #linkedin #goldenline #rekrutacjaodkuchni